Podróże...

Patagonia styczeń - marzec 2009

taki widok cieszy, tym  bardziej po 12 godzinach lotu 01.01.2009. Buenos Aires, pierwsze wrażenia,. Jak ktoś powiedział, „nie masz drugiej szansy na pierwsze wrażenie”.  jedno z wielu niesamowitych drzew w Buenos centrum. Jest niedziela, wszystkie witryny zamknięte, jakby pusto, zwracamy najpierw uwagę na kosze na śmieci. Nie takie jak u nas, stojące na ziemi. Tutaj kosz jest na słupku metalowym na jakieś 1.5 m nad ziemią. Ciekawe, że taka pierwsza rzecz rzuca się w oczy, zaskakuje. No i sposób w jaki kupuje się bilety autobusowe w Buenos. Mówi się kierowcy dokąd się jedzie a on na kompiutrze pokładowym coś wstukuje a potem dopiero wrzuca się pieniądze do maszyny, która stoi za jego plecami. Sposoby opłaty za przejazd autobusami miejskimi mogły by stanowić temat ciekawej rozprawy. Wszędzie inny sposób. A wydawać by się mogło, że MZK już osiągnęło szczyt ewolucji w tej dziedzinie. W Buenos spędzamy 3 dni.  Boca, niektórzy tańczą tango a niektórzy tylko pozują W letnią wakacyjną niedzielę autostrady w Buenos są puste Ciepło, różnorodność, a może po prostu inność, tango wszędzie i o każdej  porze, tutaj tango to coś tak oczywistego, że aż nie do pomyślenia, że juz zaraz po wyjeździe ani tanga ani o tangu nie usłyszymy. Zatrzymujemy się w hostelu San Telmo, w dzielnicy o tej samej nazwie. To jedyny pewny punkt naszej wyprawy, który zabukowaliśmy sobie jeszcze w Polsce. Cała reszta będzie się układać w miarę posuwania się naprzód. Goszczą nas przemili gospodarze, bardzo pomocni we  wskazywaniu tego co warto od tego na co lepiej nie marnować czasu. Jeszcze nie wiemy, że już za dni parę, nasz angielski będziemy mogli schować sobie głęboko do szuflady na bezużyteczne w tych warunkach umiejętności. Szwędamy się po Boca, starej dzielnicy portowej,  gdzie syfony, całe pó(u)łki syfonów Centrum Boca domy w okolicy El Caminito pomalowane są na bardzo jaskrawe kolory. Pozostałość po czasach, kiedy to mieszkańcy, dość biedni pracownicy portowi zabierali ze statków resztki farb i malowali nimi swoje małe domki. Chcemy wracać nad rzeką ale policja nas zawraca mówiąc, że to niebezpieczny obszar. Milło z ich strony. W fundacji PROA oglądamy wystawę Marcela Duchampa. By go zrozumieć trzeba dużo czasu, dla nas to mieszanka zaskoczenia, domysłów i chłonięcia przyjemnego chłodu wnętrza po godzinach spędzonych pod upalnym letnim niebem Buenos. Mają tutaj tu bajeczne kanapy na tarasie w kawiarni. W Boca parę sklepów i galerii zaskakuje nas oryginalnością a cała reszta to takie lekcje tanga na każdym rogu, na każdym piętrze kiczowisko jak na San Telmo powoli budzi się do życia każdym turystycznym deptaku w każdym zakątku świata. Wałęsamy sie po Palermo szukając miejsca, gdzie przeprowadza się sesje psychoanalizy na chodniku. Obiecałem sobie, że dla Jagienki ją odnajdę. Jakaś para siedzi na chodniku i rozmawia, ale to nie wygląda jak sesja psychoanalizy. W każdym razie nie znaleźliśmy knajpy Sigi od imienia Freuda. Ale gdzieś tam podobno jest. Lokalni potwierdzają. Szukanie jest zabawne, a znajdowanie chyba mniej istotne. Odwiedzamy polskich misjonarzy na Maciaszkowie, rozmawiamy z księdzem Jackiem o Argentynie, tym jak sie tu znalazł i co warto zobaczyć. Ściany promieniują polskością. Zakonnice zrobiły drożdżowe. W takich warunkach trudno się oderwać od naszej San Telmo, a on tak stał, stał i pędził i wiatr udawał kultury. Ale już niedługo o cerkiew pomiędzy Boca i San Telmo drożdżowym tylko będziemy mogli pomarzyć. Wracając, na dworcu dziwimy sie  czemu na pociągu napisane jest co innego niż kierunek Buenos. Bo, jak się okazuje, czekamy na peronie w druga stronę. Frajerzy na obczyźnie. Mamy z tym niezły ubaw, gdy przepuszczamy w ten sposób dwa pociągi. W końcu nigdzie nam się nie spieszy a czasu mamy jeszcze więcej niż jesteśmy w stanie ogarnąć.   Odwiedzamy słynny niedzielny targ w San Telmo. Na każdym  rogu  pokaz tanga. Bibeloty.  Starocie i nowe kierunki. Ciekawy klimat.  Warte czasu. A tego  mamy dużo.  Czas to wszystko co mamy. Czyż nie. Ile jeszcze. Wybieramy się do Confiteria Ideal, kultowego miejsca, gdzie tańczy się, uczy się i ogląda tango. La Ideal, na parkiecie sama młodzież Połączenie architektury z przełomu wieków z klimatem PRL - owskich spelunek, tangiem najwyższej klasy (tak jak my byśmy potrafili ocenić:) i autentycznej pasji wszystkich tych co  wychodzą na parkiet.
Jesteśmy świadkami jak rusza rajd Dakar 2009. Przez chwile miasto żyje emocjami tych, którzy za chwile ruszą na zmaganie ze sobą. Na 2 tygodnie morderczej jazdy. Póki co, czyste auta i motory, uśmiechnięte twarze paradują miedzy szpalerami.  Ilu z oglądających chciało by być na ich miejscu i nigdy się nie przyzna do tego, jak bardzo by tego chcieli. Ilu marzy o tym by wystartować w takiej imprezie. Przez  jeden dzień mamy tani substytut spełnienia naszych marzeń napędzany wyobraźnią, którą  można będzie jeszcze karmić relacjami z trasy przez koleje 17 dni.  Marzenia. Szpalery marzeń, marzycieli tłum. Mijają dwa dni łażenia non stop, nim odkrywamy autobusy. Są tanie ok 90 centavo (ok 90 groszy) za bilet jednorazowy. Niewiele brakowało a złazilibyśmy nogi, nim na dobre ruszylibyśmy na szlak.
mała mieścina a wjazd jak do stolicy imperium
05.01.2009.  Na głównej stacji autobusowej Retiro kupujemy bilet na autobus na południe do Mar del Tuyu. O pierwszej w nocy lądujemy na jakimś  strasznym zadupiu. To pierwszy taki nasz desant w nieznanym miejscu więc jeszcze nie wiemy co i jak z tym robić. Ktoś wskazuje nam kierunek, gdzie jest morze. Tzn ocean. Idziemy tam, nie mając pojęcia czy to kilometr czy dziesięć bo stacja autobusu  wyglądała jakby była na końcu wszystkiego.  Takie wątpliwości  będą pojawiać się jeszcze często z ta różnicą, że za każdym kolejnym razem podchodzić będziemy do nich z większym luzem. Ta podróż to oswajanie nieznanego. Jak poczuć się komfortowo w nowym, nieznanym, miejscu. Coś co początkowo jest źródłem stresu i obaw, przechodzi w fazę ciekawości i przybiera formę radosnego wyzwania, z którym wiemy, że potrafimy sobie poradzić. No ale to jeszcze nie ten etap.  Nocujemy na plaży.

06.01.2009. Budzimy się z  planem, by dostać się parę kilometrów na południe do (podobno) uroczej wioski. Autobus nie przyjeżdża przez godzinę i wydaje nam się, że to nie kwestia stanięcia na niewłaściwym przystanku, wiec wsiadamy do pierwszego lepszego i jedziemy dalej, w Dworzec w Carmen, pierwszy z czworonożnych przewodników kierunku szosy. W końcu łapiemy stopa i jedziemy szosą numer trzy, 300 kilometrów na południe do Mar del Plata, największego letniska kraju, w którym poza sezonem mieszka ok 450 tys luda a w sezonie miasto pęcznieje do 1,5 miliona. Coś strasznego, same hotelowe blokowiska pizzerie i lodziarnie, które o dziwo nie są w stanie zatrzymać nas tutaj choć na chwilę dłużej. Czym prędzej wyjeżdżamy i nocnym autobusem jedziemy do Viedmy i  Carmen de Patagones, historycznej stolicy Patagonii. Psy, wszędzie szwędają się psy, które wyglądają na bezdomne. Przykleił się do nas jakiś sympatyczny Carmen, przed budynkiem muzeum, w centrum strajku psiak i odprowadził nas do centrum. Taki motyw pojawiał się prawie w każdym mieście. Wysiadamy rano z autobusu i jakiś pies odprowadza nas kawał drogi od dworca. Przyzwyczailiśmy się do tego z czasem i myślimy sobie, że miejsca można by też opisać w kategoriach tego jakie psy nas witały i były pierwszymi przewodnikami po W Carmen na ołtarzu portrety pierwszych osadników i miejscowych. Tylko ci pierwsi przeżyli ten kulturowy szok nieznanym.

07.01.2009. W Viedmie (którą później będziemy sobie nazywać Wiedźmą) o poranku kąpiel w rzece Rio Negro, na której odbywają się co roku spływy kajakowe na trasie liczącej około 500 km. Rzeka jest ciepła w przeciwieństwie do Atlantyku, któremu zmierza na spotkanie. To najstarsza osada w Patagonii, stolica prowincji Rio La Loberia, widok na kolonię słoni morskich Negro i gdyby nie sprzeciw senatu to całkiem niedawno mogła by stać się stolicą Argentyny.  Chcemy dowiedzieć się więcej jego historii w muzeum, które jest po drugiej stronie rzeki. Przepływamy promem, małą łódeczką motorową (3.5 peso w jedną stronę). W mieście akurat jest strajk robotników i przed muzeum palą się opony a robotnicy spokojnie siedzą na zabytkowych armatach wystawionych jako eksponaty przed muzeum. Kiedyś służyły do walki, teraz pokryte rdzą i czarną farbą, są jej tylko świadkami. Muzeum jest zamknięte bo tam akurat trwają pertraktacje ze związkami zawodowymi. Policjant nawet próbował interweniować, żeby wpuszczono nas, gości z dalekiego kraju ale dystans, który przebyliśmy nie zrobił wrażenia. Na rynku wsiadamy w autobus i jedziemy do la Loberia, nad Atlantykiem, jakieś 30 km od miasta, popatrzeć na słonie morskie.  Jest to cudny  widok. Loberia to ostatni przystanek czekanie na stopa koło Loberia autobusu, tuż przy skarpie, z której obserwujemy kolonię tych wielkich ssaków. Taka kolonia to Nocleg na plaży w okolicy La Loberia strasznie dynamiczny twór, ciągły ruch, strasznie głośno, odnosimy wrażenie, że trwa ciągła walka o dominację i oznajmianie swojej pozycji głośnym ryczeniem. Ciągle się naparzają, wyganiają młode z gniazda na pożarcie sępom i takie tam historie. Z La Loberia chcemy pojechać stopem, dalej na południe, wzdłuż wybrzeża drogą numer jeden. To co na mapie wygląda jak szosa jest w rzeczywistości żwirówką, po której tylko sporadycznie coś przejeżdża. Po kilku godzinach stania na pustynnej piaszczystej drodze rezygnujemy.  Śpimy znów na plaży. Zupełnie dziko. Nikogo w pobliżu. Tylko mamy nadzieję, że przypływ nas nie zmyje.

"Zdrowie to umiejętność realizowania swoich najskrytszych marzeń"
Moshe Feldenkrais

więcej o Metodzie Feldenkraisa na www.metoda-feldenkraisa.pl

Wybierz


Klikając myszą na dowolne zdjęcie z podróży otrzymasz powiększoną fotografię.